czwartek, 18 stycznia 2018

Fit zawijasy z cukinii

Karnawał trwa, a inspiracji na zdrowe przekąski nigdy dość.

Czasem jak spotykamy się ekipą (średnia wieku 26 lat) to śmiejemy się, że to chyba starość, bo już dawno chipsy i paluszki przestały być częścią naszych spotkani, a przerzuciliśmy się na ambitniejsze podjaduchy.

Fit zawijasy z cukinii to dość efektowna, a zarazem bardzo prosta (wbrew pozorom!) przekąska do przygotowania. Oprócz serka, który sklei całość dodatki są właściwie dowolne, także za każdym razem można zaskakiwać gości czymś nowym!

A Wy, co zwykle stawiacie na stole przy spotkaniach w większym gronie? 
(odpowiedź "flaszkę" się nie liczy! ;-) )




Fit zawijasy z cukinii
przepis na około 15 zawijasów, jeden dostarcza średnio:
17 kalorii; 1,5g białka; 0,5g tłuszczu; 1,5g węglowodanów
 
  • 1/2 niedużej, młodej cukinii
  • około 1/2 opakowania serka Bieluch
  • mały ząbek czosnku
  • 3-4 suszone pomidory
  • 1/3 żółtej papryki
  • kilka listków bazylii
  • 25 g wędzonego łososia
  • sól i pieprz do smaku




Za pomocą dość szerokiej obieraczki tworzymy długie plastry z cukinii, możemy też stworzyć je za pomocą noża, jeśli mamy wprawną rękę.

Przygotowane plasterki lekko solimy, odstawiamy na 5-10 minut, a następnie osuszamy z nadmiaru wody za pomocą papierowych ręczników.

Serek łączymy ze świeżym czosnkiem, solą i pieprzem, nakładamy cienką warstwę na całą długość plasterków, a następnie nakładamy na wierzch (w dowolnej konfiguracji i odległości od siebie) bazylię, kawałki łososia, suszonego pomidora i cieniutkie słupki marchewki, zawijamy dość ciasno, rolka ładnie sklei się serkiem, ale można całość przebić wykałaczką dla stabilizacji.




-----

środa, 10 stycznia 2018

Potrawka grzybowa z soczewicą

Już przed Świętami miałam przygotować jakąś wigilijną grzybową, ale jak to mówią - starałam się jak nigdy, wyszło jak zawsze.

Dzisiejszy przepis na potrawkę grzybową jest właściwie wegański, ja na swój użytek dodałam zwykły jogurt naturalny, ale możecie pominąć ten element lub użyć np. sojowego.
Przyznaje się bez bicia - musiałam go trochę dodać, bo przesadziłam z ilością chili.. :-)

Do tego jednogarnkowca na pewno sprawdzą się Wam także inne grzyby, także jeśli macie jakieś mrożone lub suszone zapasy po grzybowym oblężeniu 2017 to śmiało eksperymentujcie!


fit zupa grzybowa
 

Potrawka grzybowa z soczewicą
przepis na 2 duże miski potrawki, jedna porcja dostarcza średnio:
235 kalorii; 13,5g białka; 4,5g tłuszczu; 35g węglowodanów 
 
  • 650 ml wody
  • 150 g pieczarek
  • 15 g suszonych podgrzybków
  • 5 g masła (dla wersji wegańskiej 2 łyżeczki oleju rzepakowego)
  • 60 g czerwonej soczewicy
  • 1 mały ziemniak (80g)
  • 70 g marchwi
  • 70 g pietruszki
  • 1 mała cebula
  • płaska łyżeczka soli
  • garść drobno posiekanej natki pietruszki
  • 1/2 łyżeczki posiekanej papryczki chili
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego (dla wersji wegańskiej jogurt roślinny)





W garnku gotujemy wodę.
Ziemniaki kroimy w kostkę, włoszczyznę w talarki i na połówki, cebulę w piórka.

Suszone grzyby kroimyć na mniejsze kawałki, razem z ziemniakami i włoszczyzną wrzucamy do gotującej się wody, zmniejszamy ogień i gotujemy około 20 minut.

Pokrojone w grubą kostkę pieczarki i przygotowaną cebulę podsmażamy na maśle lub oleju, gdy lekko się zarumienią dodajemy do reszty składników.

Po około 30 minutach gotowania wsypujemy dobrze opłukaną, czerwoną soczewicę, dodajemy również sól i posiekane chili, pozostawiamy na wolnym ogniu jeszcze 10 minut.




Po rozlaniu do miseczek zabielamy jogurtem i dodajemy natkę pietruszki lub garść świeżych ziół np. oregano lub kolendry. Opcjonalnie posypujemy prażonymi nasionami słonecznika lub pestkami dyni.




Czuję wenę na grzybowe przepisy, chyba czas na wege pasztet w tych klimatach!
 Napiszcie w komentarzu jakie są Wasze ulubione jednogarnkowce :-)

 

niedziela, 7 stycznia 2018

Prosty "chlebek" z samych ziaren, idealny na mini kanapki!

Wszystkiego dobrego w nowym roku kochani.
Mam nadzieję, że lista marzeń i celów na 2018 rok jest już spisana i w realizacji!

Ja jeszcze nie ogarnęłam się do końca z rzeczywistością, ale mam dla Was coś fajnego "z szuflady".
Na otwarcie studia kulinarnego Przystanek 11 szykowałam od siebie mały poczęstunek, a bazą do kanapeczek był ten oto "chlebek" z samych ziaren, bardzo prosty w przygotowaniu.

Teraz w okresie karnawału na pewno przyda się Wam ten przepis do imprezowych, mini kanapeczek z domowymi pastami, które oczywiście znajdziecie również na blogu TUTAJ.

Ziarniaki są mega sycące, ale też dość ciężkie, więc nie zjedzcie całej blachy na raz!



chleb z samych ziaren

 
Prosty "chlebek" z samych ziaren

przepis na dużą blaszkę z piekarnika, całość dostarcza średnio:
2300 kalorii, 79 g białka, 150 g tłuszczu, 157 g węglowodanów

  • 130 g siemienia lnianego
  • 160 g nasion słonecznika
  • 180 g płatków owsianych (warto połowę lekko zmielić)
  • płaska łyżeczka soli lub mniej
  • 300 ml wrzątku

Siemie lniane zalewamy wrzątkiem w sporej misce, odstawiamy na 10 minut.
Do kleiku, który się stworzy dodajemy słonecznik, lekko rozdrobnione w blenderze płatki (opcjonalnie można użyć całych płatków, chlebek będzie troszkę mniej zwarty), sól i całość mieszamy, odstawiamy jeszcze na 10 minut.

W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 190 'C i przygotowujemy blaszkę wykładając ją papierem do pieczenia.

Przygotowaną masę wylewamy, rozprowadzamy łyżką lub szpatułką na grubość około 0,5 cm.
Pieczemy przez 20 minut, chlebek przed krojeniem musi całkowicie ostygnąć.




Jak to z papierem do pieczenia i takimi atrakcjami bywa - lekko przyklei się on do naszego wypieku, więc najlepiej jest odwrócić blaszkę asekurując chlebek deską do krojenia, a następnie odkleić papier :-) 


 

środa, 13 grudnia 2017

Jaglanka z jabłkiem, imbirem i orzechami

Ostatnio tak poprzewracało mi się w głowie, że przestałam jeść słodkie śniadania.
Jak wiecie, kiedyś cokolwiek innego z rana było nie do pomyślenia :-)

Zostało mi jednak trochę kaszy jaglanej z obiadu, więc zaplanowałam jakąś szybką jaglankę na kolejny poranek. Z racji tego, że ostatnio sporą część wypijanej herbaty zamieniłam na wrzątek z imbirem, cytryną i miodem, a obróbka imbiru strasznie mnie irytuje - obrałam spory kawałek, zmiksowałam i trzymam puree w lodówce w małym słoiczku - bardzo przydatne, nadało się też do rzeczonej jaglanki.

Jest to jeden z tych przepisów, które możecie zrobić dzień wcześniej i "wstać na gotowe", ale ja zdecydowanie preferuję kaszę na ciepło, więc przelałam ją rano wrzątkiem po wyjęciu z lodówki :-)





Jaglanka z jabłkiem, imbirem i orzechami
przepis na jedną porcję, która dostarcza średnio:
340 kalorii; 11g białka; 10,5g tłuszczu; 51g węglowodanów
 
  • 35 g kaszy jaglanej
  • 1 duże jabłko, słodkie (ok 200g puree) 
  • 5g nasion chia
  • 10 g orzechów włoskich
  • 1 łyżka serka wiejskiego
  • 1 łyżeczka utartego imbiru 




Kaszę gotujemy w lekko osolonej wodzie, odcedzamy dobrze na sitku.

Jabłko obieramy, ucieramy na tarce na drobnych oczkach tworząc papkę, tak samo imbir.

Przygotowane owoce mieszamy z kaszą i nasionami chia, przekładamy do miseczki.
Na wierzch nakładamy serek i orzechy włoskie.




Opcjonalnie na wzmocnienie możecie dodać łyżeczkę prawdziwego miodu!

***

 

niedziela, 10 grudnia 2017

Ciasto marchewkowe bez glutenu / 6 urodziny bloga!

Wczoraj wieczorem myślałam o publikacji tego przepisu.
Myślałam o tym, że jest już jeden marchewkowiec na blogu i cofnęłam się w czasie do tamtego wpisu.. dopiero po chwili doszło do mnie, że pierwsze urodziny bloga świętowałam wpisem z ciastem marchewkowym, a zaraz potem, że przecież kolejne są już dziś!

Często zapominam o tej rocznicy, czuję, że to było już tak dawno temu, ale skoro już taki zbieg okoliczności się nadarzył, to dokładnie po pięciu latach pojawi się nowe, urodzinowe marchewkowe.

Oczywiście była też chwila refleksji, która przedłużyła się nawet do dziś, bo chciałam napisać coś więcej niż dwa zdania i jakoś tak przyszło mi do głowy, że wcale się nie znamy.

Bardzo często dochodzę do wniosku, że nigdy nie dałam się poznać swoim obserwatorom, raczej rzadko pokazywałam siebie w mediach społecznościowych (trochę więcej jak już pojawił się instagram), a już na pewno nigdy nie dzieliłam się z Wami jakoś specjalni swoim życiem prywatnym.
Może to i dobrze? Może nie? Sama nie wiem, ale chyba wolałabym, żeby Dietetyczne Fanaberie kojarzone były z osobą/blogiem, a nie jakimś tam facebookowym fanpagem, który publikuje zdjęcia jedzenia.

Nie nadrobię oczywiście tych sześciu lat, ale pomyślałam, że dla Was i dla siebie przybliżę w dużym skrócie te lata, które razem spędziliśmy. No to jedziemy!

2011 - Grudzień, blog wystartował. Jestem na drugim roku dietetyki na ŚUM, oprócz tego pracuję jako modelka i jestem świeżo po swoim pierwszym kontrakcie w Chinach. Kompletnie nie mam jeszcze pojęcia na temat zdrowego odżywiania, zamieniłam kanapki na płatki kukurydziane z mlekiem, liczę kalorie i myślę, że jestem fit. Głowy nie dam, ale chyba wracam na jeden sezon do pół-profesjonalnej gry w tenisa stołowego, czym zajmowałam się przez 8 lat od podstawówki.

2012 - 2 i 3 rok studiów, blog zaczyna nabierać rozgłosu, blogerów kulinarnych jest na tyle mało, że regularne, sensowe posty oraz fajne pomysły sprawiają, że trafiam do magazynu SHAPE, co daje kolejnego, napędowego kopa. Latem lecę na mój drugi kontrakt - tym razem do Hong Kongu, na początku trzymam się nieźle, a potem totalnie płynę i przylatuję do domu w formie utuczonej kluseczki, wracam na dobre do aktywności fizycznej. Tańczę, biegam, a potem zaczynam przygodę z siłownią.

2013 - Dużo się dzieje, blog jest już wielką machiną, mimo, że kończę studia i mam dla niego co raz mniej czasu. Latem lecę na swój ostatni kontrakt do Kantonu, mało pracuję więc jestem codziennie na siłowni i grzecznie chodzę wieczorem spać. Po powrocie oświadcza mi się mój mąż, a ja snuję plany i namawiam go do wyjazdu do Warszawy, której nienawidzi, ale mam tam opcję swojej wymarzonej pracy - bookera międzynarodowego w agencji, w której wcześniej pracowałam jako modelka.

2014 - Wiosną bronię licencjat na pełnym luzie, przygotowuje się do niego już mieszkając w Warszawie, gdzie przeprowadzamy się na początku roku. W pracy zajmuje się rynkiem azjatyckim, więc jako kompletny świr sprawdzam w nocy maile po 3 razy. Niestety czasu co raz mniej, ale na blogu lądują hity takie jak gryczanki, fasolowy jabłecznik czy jogurtowe sosy.
Nie mogę iść na studia magisterskie bezpośrednio po licencjacie, bo skończyłam w środku roku, więc zapisuje się na studia podyplomowe z żywienia sportowców na AWF Warszawa.

2015 - W styczniu ze smutkiem rozstaje się z moją ukochaną pracą. Jestem totalnie wkręcona w siłownie, zmieniam kompletnie swoje patrzenie na trening, żywienie i sylwetkę - zdecydowanie więcej wagi przywiązuję do wartości odżywczych, a mniej do kalorii. Dalej mieszkamy w Warszawie, a ja decyduje się na jedyny, możliwy krok - otwarcie poradni online. Wiem, że dzięki Wam i Dietetycznym Fanaberiom sobie poradzę. Pod koniec roku z racji zmiany i odstawienia antykoncepcji zaczynają się moje problemy zdrowotne. W czerwcu wracamy do Gliwic, wyznaczamy datę ślubu na 2016 :-)

2016 - Rok zaczyna się tak intensywnie, że nie wiem co się dzieje, a mój organizm jest w stanie fatalnym. Czuje się strasznie, tracę połowe włosów, wiem dobrze co się święci - szybka diagnoza, Hashimoto. Jestem załamana, prowadzę wiele dziewczyn z tą chorobą i przeżywam to jak koniec świata. Z racji tego, że śpię po 12 godzin i nie funkcjonuje do końca normalnie - nie jestem w stanie sprostać stworzeniu książki z wydawnictwem, które zaproponowało mi współpracę.
W lipcu wychodzę za mąż, emocje opadają, hormony się regulują, wychodzę na prostą, ale blog mocno obrywa, szczególnie, że w kryzysie nie podchodzę do diety ascetycznie. Wciąż trenuję na siłowni, biorę już ponad 100% swojej masy ciała w martwym ciągu i świętuje swoje pierwsze podciągnięcie.

2017 - Kupujemy mieszkanie po mojej ukochanej babci, generalny remont, wymarzona kuchnia, trochę stresu i dużo radości. Mam ogródek, własnoręcznie z Tomkiem robimy nasz pierwszy trawnik. Mój organizm średnio radzi sobie ze stresem, zaczynam na długie tygodnie tracić apetyt, co utrudnia mi realizowanie planu treningowego, ale ostatecznie udaje mi się ukończyć Gliwcki Półmaraton.
Mało jem, dużo śpię i za dużo się stresuje, ale idą Święta, więc wszystko jest jakieś przyjemniejsze :-)


Także jak widzicie.. wzloty i upadki jak u Was wszystkich, staram się poprawić częstotliwość publikacji nowych przepisów, ale jak już mam więcej czasu to kompletnie nie mam apetytu i jem to co akurat jestem w stanie, bo już dawno nie myślę w kategoriach "ale fajnie, że nie chce mi się jeść".
Tym bardziej doceniam tych wszystkich, którzy są ze mną na dobre i na złe!





 Ciasto marchewkowe bez glutenu
przepis na malutką tortownice - 18-22 cm
  • 120 ml wody
  • 100 g mąki ryżowej
  • 100 g mąki gryczanej
  • 200 g marchwi
  • 2 jajka
  • 30 g oleju kokosowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 50 g cukru trzcinowego
  • 40 g rodzynek
  • 40 g orzechów włoskich
  • 20 g słonecznika
  • łyżka ciemnego kakao
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • otarta skórka z 1/2 pomarańczy
  • 1/3 łyżeczki soli




Marchew obieramy i ucieramy na małych oczkach tarki.

Mąki łączymy w misce wraz z przyprawami, kakao, solą, cukrem, proszkiem i sodą.

Orzechy włoskie wkładamy do blendera, mielimy kilka sekund, następnie rozdrobnione dodajemy
do suchych składników razem z rodzynkami i słonecznikiem.

Jajka roztrzepujemy z olejem, wodą i otartą skórką z pomarańczy, mix wlewamy do suchych
składników, dodajemy również utartą marchew i całość mieszamy do połączenia się składników.
Masę przekładamy do foremi, pieczemy w 180'C przez 40 minut.

Ciasto przechowujemy w lodówce, jest dobre nawet 4 dnia!




Jeśli przebrnęliście przez przydługawy wstęp, jesteście ze mną od lat albo od dzisiaj - dajcie znać! Napiszcie w komentarzu jak tu trafiliście, czy macie swoje ulubione przepisy, albo wielkie wtopy, które wylądowały w koszu :-) będzie mi bardzo miło, dziękuję!